Przeżyj niezapomniane wakacje na morzu.
Chorwacja i Grecja czekają!

07.07.2012 – 14.07.2012

Jacht: Elan 434 Impression , s/y Andjela

Armator: Montenegro Charter Company

Załoga: 8 osób

 

Przed zaokrętowaniem:  02.07 – 07.07

Przed nami kolejny rejs. Tym razem jacht będzie na nas czekał w Kotorze,  ale postanawiamy wyruszyć  w trasę już w poniedziałek. My z Bogusią jedziemy samochodem z postanowieniem odwiedzenia Macedonii, gdzie jeszcze nas nie było. Reszta załogi przyleci samolotem. Przy cenie biletu 388 zł/os (w dwie strony) nawet nie ma się nad czym zastanawiać. A my ruszamy przez Czechy , Węgry do Serbii. To nasz pierwszy postój – Subotica.  Całkiem przypadkowo natrafiamy na polskie ślady.

W Suboticy odbywa się Festiwal Filmowy Palic. Nagradzani tu byli Krzysztof Zanussi oraz Andrzej Wajda. Upamiętniają to tabliczki na ławeczkach w Parku Bohaterów. Serbię odwiedzaliśmy już przed rokiem. Zachwyca tutejsza gościnność. Widać, że to ubogi kraj, ale ludzie są mili, otwarci i przyjaźni. Mieszają się tu różne nacje co tworzy bardzo ciekawą mieszaninę kultur. Ruszamy dalej. Przez Belgrad w kierunku Niszu. Belgrad , z uwagi na późną godzinę tylko przejeżdżamy i kierujemy się dalej w kierunku Niszu.  Kolejny kraj to już Macedonia. Pierwszy nocleg w Skopje. Całkiem przypadkowo trafiamy do niezwykle przyjaznego hotelu „Atlantik”. Skopje robi na nas duże wrażenie. Jesteśmy urzeczeni atmosferą Placu Macedońskiego.

Wzniesiony tu niedawno pomnik – fontanna, przedstawiający oczywiście Aleksandra Macedońskiego, mnóstwo turystów , klasyczna muzyka, kamienny most, monumentalne muzeum archeologii, monastyry i dżamije –mieszanina kultór i stylów. Czwartkowe przedpołudnie. W planie mamy Ohrid, ale ciężko pożegnać się ze Skopje, czyli jeszcze raz Plac macedoński, tym razem w słonecznej scenerii. Zbliża się południe i trzeba jechać dalej. Jeszcze prawdziwa „turska kavica” z naszymi gospodarzami i ruszamy. Do celu ok. 170 km. Niby niewiele, ale przejeżdżamy przez Park Narodowy Mavrovo i okazuje się, że to 170 km. To dość długi dystans jak na jeden dzień. Zatrzymujemy się obejrzeć największy (jak mówią miejscowi) monastyr na Bałkanach, Monastyr sv. Jovana Bigorskovo.

Zatrzymujemy się w małej restauracyjce przy trasie. „Kod Babe”, to nazwa , która wzięła się od nazwiska właściciela. Zwykłe chłodne piwo „dla ochłody” zamienia się w długą, przyjacielską pogawędkę z właścicielami. Schładzamy stopy w strumieniu zimnej wody, nasi gospodarze częsyuja nas kawą (oczywiście turecką, warzoną w tygielku), własnymi owocami. Zostajemy obdarowani mapami Macedonii a na wieść, że podoba nam się ich flaga narodowa, natychmiast wśród naszych „trofeów” jest też macedoński proporczyk. Czas mija a Ohrid cały czas daleko. Trzeba ruszać dalej. Czas na opłacenie rachunku. „Jesteście naszymi pierwszymi gośćmi, pierwszy raz podróżujecie przez Macedonię, musicie przyjąć naszą gościnę – Sretan Put !!!

Do Ohridu dojeżdżamy wieczorem. Już ciemno. Jesteśmy umówieni na kwaterę. Tłok, mnóstwo ludzi i samochodów, „trochę” się gubimy. Telefon do umówionego facecika załatwia sprawę. Odnajduje nas i razem jedziemy do apartamentu. I tam niespodzianka. Z umówionych 30 euro za apartament robi się 45. I lokalizacja taka sobie. Oczywiście rezygnujemy. Zdajemy sobie sprawę, że i to 30 euro to w tej miejscowości nie jest tanio. Miało być w świetnej lokalizacji a jest gdzieś na uboczu i drożej !!! Uliczny naganiacz proponuje nam nocleg za 7 euro/os. Oglądamy pokój i jest ok. Zostajemy. Wieczorny spacer po starym mieście, kamienny sen, dzienny spacer po starym mieście, muzeum ikon, twierdza nad jeziorem, długie pogawędki z miejscową ludnością, na obiad Dżerba wołowa, Bećki śnicel, sałatka Tarator, dobre macedońskie wino.

Do Kotoru mamy dojechać w nocy z piątku na sobotę. Sanja z Montenegro Charter Company ma dopilnować, by jacht nie był zamknięty. Do przejechania wg. mapy ok. 360 km. Nie planujemy zadnych postojów. Trasa wiedzie przez Albanię. Różne opinie słyszeliśmy, ale to przecież Europa. Nie przewidujemy problemów. Albania to piekny i dziki kraj. Pierwszy obrazek to krowy pasące się na łące „chronionej” przez dziesiątki betonowych bunkrów. Są tu takie małe bunkry „dzieciaczki” i co jakiś czas duży bunkier „matka” – no fajnie. Jedziemy dalej. Troga w zasadzie całkiem znośna. Asfaltowa, ale z dziurami. Nie jesteśmy pewni jak tu działa ubezpieczenie. Trzeba uważać. Slalomem pomiędzy pułapkami docieramy do Tirany. Zapomniałem wgrać w nawigację „sieci drogowej” i musimy korzystać z porad tutejszych policjantów. Nie jest łatwo. W Tiranie pojęcie znak drogowy nie funkcjonuje. Po co stawiać znaki, ajk przecież wszyscy wiedzą gdzie jest Czarnogóra – trzeba „przebijać się” na północ. To takie proste. Tylko, ze jakoś żadna droga wyjazdowa nie chce wyprowadzić nas na północ. Kolejni policjanci w lokalnym języku mówią coś o lotnisku. Maja przy tym bardzo szczęśliwe miny. Widać, że są dumni z tego, że pomogli zagubionym turystom. No i samo miasto : wszyscy jeżdżą jak chcą i to okazuje się bezpieczne. Tez tak jadę, zapominam o europejskości, zawracam na zakazach, zatrzymuję się na środku drogi, by pogadać, oczywiście trąbię ile wlezie. Najlepiej się nie wyróżniać. O dziwo nie ma stłuczek. Przez kilka godzin widzimy tylko jedną małą kolizję. Wszyscy wiedzą, że nikt nie przestrzega przepisów i  to wystarcza. No ale wracam do tematu lotniska. Lotnisko jest a a na lotnisku są wreszcie  oznaczenia. Jest znak jak dojechać na parking. Ale znaku jak jechać w kierunku Czarnogóry nie ma !!! Czyli znów trzeba zasięgnąć „języka” . Młody Albańczyk , namiętnie gestykulując wypowiada słowa, które w przybliżeniu zabrzmiały tak : „majtas, fajtas, kutas, autostradas”. Wszystko jasne: w lewo, potem w prawo, potem jeszcze raz w prawo i wyjeżdżamy na drogę.

Chyba dobrą, bo jest cos co chyba miało być a może kiedyś będzie autostradą (ale znak autostrady stoi). Przy autostradzie zabudowania mieszkalne, jedzie jakiś ciągnik własnej roboty, to nas w zasadzie nie dziwi. Ale jest coś co wprowadza nas w stan osłupienia. Po autostradzie, pod prąd jedzie sobie wóz drabiniasty ciągniony prze konika. Autostrada się kończy, teraz trochę zwykłych lokalnych dróg, jakieś małe miasteczko i tu znów zatrzymuję się na środku ronda by uzyskać nowe informacje bo nasza droga skończyła się jakąś budową. Ta budowa to co?  , to kolejna autostrada. Trzeba jechać dalej. Na zmianę trochę asfaltu, trochę dziur, trochę większych dziur, ale nie jesteśmy sami. Wyprzedza nas mercedes. To miejscowi, znający drogę. Warto się ich trzymać. Teraz jest trochę łatwiej. Ale po kilku kilometrach „nasz” mercedes zatrzymuje się przed nami na środku drogi i wysiada z niego dwóch młodych Albańczyków. Mafia ??  Uff, poszli sobie i my jedziemy dalej. Jest noc gdy dojeżdżamy wreszcie do przejścia granicznego. Czarnogórscy pogranicznicy mają wielki ubaw. „Jak Wy tu dojechaliście? , Przecież tam nie ma drogi” . Krótki wywiad w „normalnym” bałkańskim języku i dowiadujemy się, że jesteśmy w pobliżu Podgoricy. Nieważne, że to zupełnie nie to miejsce, jakie planowaliśmy. Ważne, że to Czarnogóra. Nie wierzcie, że Albania to normalny kraj.

 

SOBOTA 07.07.2012

W porcie w Kotorze jesteśmy ok 02:00. Miejsc , gdzie może stać nasz jacht jest kilka, poszukiwania trwają ok 0,5 godziny. Tam gdzie stoi zacumowana nasz Andjela, stoja jeszcze dwie polskie załogi kończące rejs. Ładna muzyka z katamarana stojącego obok nas kołysze nas do snu. Musimy zregenerować siły i czekać na naszych przyjaciół. Dolecą samolotem do Dubrownika. Potem transfer do mariny. Wypakowanie naszych bagaży, ształowanie, zakupy spożywcze, przejęcie jachtu, biały barszcz na powitanie, chłodzenie piwa…. To wszystko zajmuje nam czas do ok. 14:00. Samolot opóźniony o ok. 60 minut, czyli mamy trochę wytchnienia i leniuchowania.

Boka Kotorska, to przepiękne miejsce. Z każdej strony otaczają nas wysokie góry (do 1750 m.n.p.m.). Ma to swoje zalety. Słońce, które pali niemiłosiernie krócej tu operuje. Ale i wiatry słabsze niż na otwartym Adriatyku. Nasz plan to opływać przez tydzień wybrzeże czarnogórskie. Pływamy tu po 5raz pierwszy, ale sadzę, że płynięcie do Chorwacji to nieporozumienie. Chorwację mamy „na co dzień”. Ważne dla nas jest to, ze możemy się tu dość swobodnie porozumiewać w miejscowym języku. To zawsze pomaga. N o i wreszcie są. Dojechali. Załoga w komplecie. Chłodne macedońskie piwo jest cudowne. Szybka decyzja : zwiedzanie miasta i wypływamy z portu.  Wyjście z portu ciasne, ale wypływamy bez problemów. Stajemy w północno – wschodniej części tej odnogi zatoki. Jedna kotwica wystarcza na dwa jachty. Nie napisałem, że wypłynęliśmy w dwa jachty. Poza naszą Andjelą jest też Stella, czyli troszkę mniejszy Elan 384 Impression. Dopiero wieczorem temperatury są znośne. Pierwszy integracyjny wieczór przeciaga sie do godz. 02:00. Czas spać. Jutro też jest dzień :)) (upalny).

 

Niedziela 08.07.2012

Uff jak gorąco. Zadanie opisania tego co się działo w niedziele wypada we wtorek. Uwierzcie, że w tym upale ciężko pisać pod pokładem. Teraz ta niedziela wydaje się bardzo odległa. Generalnie pamiętamy zaskakującą poranną kąpiel. Zatoka Kotorska musi być intensywnie zasilana podwodnymi źródłami. Poranna woda to zimna warstwa grubości kilku centymetrów na powierzchni i bardzo ciepła woda poniżej. Pławiąc się w tej wodzie co jakiś czas wpływa się w bardzo zimne prądy. Woda nie jest tak słona jak w Adriatyku. Smak bardziej przypomina nasz Bałtyk. Przejrzystość też nie taka. Poniedziałek to rześkie kąpiele, upał 35 st, fajne knajpki na brzegu, owoce, chłodna ciepła woda w prysznicu plażowym i rejs do Herceg Novi. W ciągu dnia trochę powiało i mogliśmy popływać na żaglach. W Herceg Novi stajemy na kotwicy. Są miejsca w porcie miejskim, ale cena wydaje nam się zbyt wygórowana jak za taki porcik. Wg. cennika opłata to 42 euro. Stajemy na kotwicy. Rano zatankujemy paliwo. Nie jesteśmy pewni, czy przekazany nam jacht był zatankowany do pełna ?  Wodę też uzupełnimy w poniedziałek. Natomiast miasto wygląda imponująco. Wędrówka do górującej nad miastem twierdzy, to prawdziwe wyzwanie.

Poniedziałek  09.07.2012

Takiego miejsca do jakiego dopływamy w poniedziałek sie nie spodziewaliśmy. Sv. Stefan to stara wieś rybacka pełniąca dziś rolę schroniska dla urlopowiczów” – to opis z locji. W rzeczywistości położony na małej wyspie Sv. Stefan to miasteczko liczące 550 lat. Wyspa połączona jest z lądem usypaną sztucznie groblą . Na zdjęciach wyglada to przepięknie.

Postanawiamy tak właśnie rzucić kotwicę. Poza naszymi jachtami stoją tylko nerwowi Austriacy. Pontonem przeprawiamy się na pobliską plażę. Wita nas właściciel apartamentowca, przy którym jest plaża. Okazuje się, że cała wyspepka z miastem, to ekskluzywny hotel oferująca gościom 100 miejsc do spania. Miasteczko dostępne jest tylko dla gości hotelu. Wejście strzeżone jest przed zwykłymi turystami. Ceny jakie należy zapłacić za luksus tego miejsca to min. 3000 euro/doba do 30000 euro/doba. Hotel – miasto Sv. Stefan jest modnym kurortem odwiedzanym przez osoby rozpoznawalne na całym świecie. Tutejszymi gośćmi bywają Angelina Jolie i Brad Pit czy  Roman Abramowicz. Niestety i ceny w pobliskich „dostępnych” lokalach są kosmiczne. Ale miejsce piękne. Opisane w locji „schronisko” okazało się jednym z najekskluzywniejszych kurortów nad Adriatykiem. Wieczorem „lądujemy” w nadmorskim pubie. Tu ceny są normalne. Obsługa bardzo miła. Piwo, herbata, woda przynoszą ukojenie po upalnym dniu. Drinków już nie podają. Barman skończył pracę. Ale prosimy o lód z kostkarki. Nie tylko go bez problemu dostajemy, ale kelnerka przynosi nam kostki w wielkim plastikowym wiaderku. Jedyna prośba, to byśmy zwrócili pojemnik na lód przed wypłynięciem. Tego lodu wystarcza nam na dwa dni !!!!  Nocne śpiewy na Stelli, gdzie bawimy się do późnej nocy. Ostatni wykruszają się gospodarze:))

Wtorek 10.07.2012

Wtorkowy poranek. Mnie słonko nie pozwala długo pospać. Jola tez zawsze wcześnie na posterunku. Poranna kąpiel – rewelacja. Woda ma chyba ze 30 st. Na brzeg już się nie wybieramy, choć zastanawialiśmy się, czy wynajęcie skuterów wodnych nie było by dobrym pomysłem. Koszt to 50 euro za pół godziny zabawy. Jednak pomysł upada. Za to coraz ważniejsza staje się kwestia wody. Upały powodują, że częste prysznice i spłukiwanie ciał słodką wodą szybko uszczuplają zapasy. Budvę zostawiamy sobie na drogę powrotną i płyniemy do Petrovaća. Port malutki i przeznaczony głównie dla stateczków wożących turystów. Stajemy na kotwicy, ale Bogusia umawia się z miejscowymi, ze przed wypłynięciem zatankujemy się do pełna przy nabrzeżu. Słonko, cudowne widoki, niestety trochę brak wiatrów. Ważnym elementem naszego rejsu są kulinaria. Tu prym wiodą Bernard i Piotrek. Przy solidarnej pomocy reszty załogi ciągle coś wymyślają. To właśnie to o co chodzi w takich rejsach. Hastronomia, to bardzo ważny element turystyki. Serwując sobie puszki i kanapki , żeglarze sami robią sobie krzywdę. Od rana burza mózgów: „co zrobimy na śniadanie? „. Pada na jajecznicę. Ale nie myślcie sobie, ze zrobienie jajecznicy to roztrzepanie jajek na gorącej patelni. Przecież część załogi lubi prostą jajecznicę na masełku, część z cebulką , na boczusiu. A i cebulka może być na dwa sposoby: zeszklona na tłuszczu przed dodaniem jajek, lub dodana na sam koniec, co daje efekt jej kruchości. Do tego szczypiorek a na specjalne zamówienia : omlet kapitański / omlet z dodatkiem żółtego sera, na ostro z farszem. Mówię Wam – pychota. Do tego dobrane odpowiednie wino w „dobrej ” temperaturze. Po śniadaniu czas myśleć o przekąsce. Szynka dojrzewająca , oliwa z oliwek, kapary, ser czarnogórski, wino. W takiej miłej atmosferze zbliżamy się do obiadu. A na obiad będą dziś lokalne ćevapcici. Z ziemniakami, bardzo dobrą sałatą (z podsmażanym boczkiem i grzankami) i oczywiście w towarzystwie dobrego wina. Po obiedzie nie brakuje deseru. Dziś budyń waniliowy z koglem-moglem – smakowite połączenie….. I tak przez cały rejs. Wszystkie posiłki wydawane są w „symbolicznych” ilościach i to, że tych pozycji jest tak wiele, wcale nie przeszkadza. Cały czas mamy czuć taki mały niedosyt. A teraz przy lampce miejscowego wina musującego kontemplujemy uroki okoliczności przyrody. Obok nasz zaprzyjaźniony jacht, jest fajnie.

Środa 11.07.2012

Cel na środę to bardzo popularna turystycznie miejscowość Ulcinji. To tuż przy granicy albańskiej. Ulcinjo zamieszkuje głównie ludność muzułmańska. Różne źródła podają , że jest ich tam od 65% do 85%. Dla nas często kojarzących muzułmanów z terrorystami to interesujące doświadczenie. Ale po drodze „odkrywamy”  Stari Uleinj. Rzucamy kotwicę pośród wystających zewsząd skał. Przy dobrej pogodzie cudowne widoki. Przy silnym wietrze nie odważyłbym się tu kotwiczyć. Idealna lokalizacja na snorkeling. Nasze maski, fajki i płetwy idą w ruch. Rozpadliny i groty w skale są imponujące. Okazuje się, że w poprzek największej skały przepłynąć można wąską szczeliną. Szerokość ok 1 m. Do tego delikatne zafalowanie. Nie mamy na sobie pianek, dlatego jest to ekscytujące przejście. Bernard trochę poocierany, ja i Bogusia cali docieramy na drugą stronę skały. Tu znów miliony muszelek na skałach. Zastanawiamy się, czy nie nazbierać muli na kolację. Ale fala i ostre krawędzie muszli sprawiają jednak, że odpuszczamy skorupiakom. Jeszcze małe co nieco na pokładzie i ruszamy dalej. Do Ulcinji już tylko 6 Mm. Szybko, na słabej bryzie, dopływamy do portu. Jest miejsce na dwa jachty. Darek już zacumował. U nas dzisiejsze manewry prowadzi Monika. Pięknie dobija do nabrzeża. Cumy, szpring i można schodzić na ląd. Pojawia się jakiś człowiek. W Chorwacji to prawie pewne opłaty portowe. Wyłaniam się na pokład by negocjować cenę, ale jednak nie. To wysłannik jednej z tutejszych restauracji. Proponuje litr wina i miskę muli od firmy. Dostajemy wizytówkę i umawiamy się na wieczór. Jest ok 15 tej. Tłumy wczasowiczów na plaży i spokój na uliczkach. W głębi portu Dżamija. Pojawia się kolejny facecik. Ruchliwy, gadatliwy, wesoły. To już teraz nasz kolega Basro Kahart. Albańczyk prowadzący Riblji Restaran „Anfora”.

Początkowo nawet nie potraktowaliśmy Go do końca poważnie, ale nie da się przejść obok Amfory. Basro jest już obok. Nie ma rady, wchodzimy. W środku miły chłodek klimatyzacji. Basro to nurek i były kapitan statku handlowego. Wszędzie zdjęcia z trofeami. Ugory, mureny, inne duże ryby, nawet 4,5 metrowy rekin. Wynurkowane z głębin eksponaty: latarnie statków, amfory rzymskie, drobny sprzęt z zatopionych statków. Jedzenie wyśmienite, lód na jacht – ile chcemy. Wieczorem miasto całkiem zmienia oblicze. Plaże, na których wcześniej brakowało miejsca dla wody, teraz pustoszeją. Za to na nadbrzeżnej promenadzie tysiące spacerujących ludzi, hałaśliwe dźwięki kilku dyskotek, fast foody i sklepiki. Ale my kierujemy się do Dżamij. Tu zaskoczenie. Wyznawcy pilnujący świątyni pozwalają nam wejść do środka. Wcześniej się z tym nie spotkaliśmy. Inna kultura , inna religia, przyznaję, że mało na ten temat wiem. Ale już wiem, że to nie terroryści 🙂

Czwartek 12.07.2012

Czwartkowy poranek to jeszcze jedne odwiedziny w zaprzyjaźnionej „Amforze”. Kawa dla wszystkich. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej, wymiana upominków i czas ruszać dalej. Tłumaczę Basro, że na nas czas. Musimy jeszcze po drodze do Budvy zatrzymać się w Barze po wodę. Nasz Gospodarz łapie się za głowę i tłumaczy, że to jego wina. Sam powinien się domyślić, ze potrzebujemy wodę. A hydrant z wodą obsługuje jego kolega. Wodę dostaniemy tu na miejscu. Nic dziwnego, że nie znaleźliśmy jej sami. Zawór jest 100 m od nabrzeża w zamkniętej na kłódkę skrzynce. Po złączeniu ich węża z naszym jachtowym długość jest w sam raz.

Tylko Darek odpłynął kilka minut za szybko i nie „załapał” się na wodę. Jeszcze miejscowa porada , by koniecznie obejrzeć „Wielką Plażę” znajdującą się na południe od miasta. Ciągnie się podobno przez kilkanaście kilometrów do samej albańskiej granicy. Płyniemy, by obejrzeć ten cud natury (dla miejscowych najładniejsza plaża na Adriatyku). Rzut oka przez lornetkę : koszmar !!!! Ciągnący się las kolorowych parasoli. Widziane, zaliczone, wracamy. Na morzu przypływają do nas chłopaki na skuterach wodnych. Proponują 15 minut jazdy za 20 euro. Decydujemy się z Bogusią i Pawłem. Szybka transakcja i wsiadamy na nasze spalinowe rumaki – fajna zabawa, tylko krótka !! Kolejny port to Budva, którą z premedytacją zostawiliśmy sobie na drogę powrotną. Tymczasem trochę się rozwiewa, nadciągają groźne chmury, słychać i widać błyskawice. Przed przewidywanym uderzeniem szkwału redukujemy żagle. Okazuje się, że jednak wszystko przechodzi bokiem. Wieje ok 4 do 5B. Budva coraz bliżej. Trudno wypatrzeć światła nawigacyjne, ale ostatecznie prowadzeni przez czerwone i zielone latarnie dopływamy do portu. Niespodzianka, na podejściu do portu, na szlaku wodnym odbywa się właśnie nocne nurkowanie. Głębokość ok. 6 m a pod nami dwóch nurków z silnymi lampami. Ostrożnie przepływamy im „nad głowami”. Marina na kanale 08. Uzgadniamy, ze wpływamy i po kilku minutach cumujemy przy pomoście. Cumy, mooringi, prąd, woda i do miasta na „ciasteczkowo – lodowe szaleństwo”. Tu też gwar i głośne dyskoteki. Obsługa mariny uspokaja, że o 01:00 wszystko ucichnie. To jest pocieszenie. Prawda, na jacht wracamy ok drugiej i już jest spokój. W międzyczasie dopłynęła Stella i jeszcze godzinkę „baniaczymy ” razem przy „lampce” naszej polskiej wódeczki. Do zobaczenia Budvo, widimo se ujutro.

Piątek 13.07.2012

Wypływamy w dwa jachty. Wieje idealnie przeciwny wiatr, a do pokonania dość duża odległość. Jednak możliwość żeglowania ostatniego dnia to wielka frajda po tygodniu słabych wiatrów. Wypływając nabraliśmy jeszcze paliwa. Nie wiemy o której dotrzemy do Kotoru i czy stacja benzynowa będzie jeszcze otwarta? Lepiej mieć już zatankowane zbiorniki, tym bardzie, ze płyniemy na żaglach. A za paliwo tankowane na początku rejsu firma zwróci.

Mijamy miejsca przez które przepływaliśmy kilka dni wcześniej. Plava Spilja, jaskinia nieopodal Herceg Novi, małe wysepki w Zatoce Kotorskiej, mnóstwo kąpielisk i małych wiosek rybackich w których nie mieliśmy czasu się zatrzymać. Jeszcze kąpiel w morzu i ostatnie dwie godziny na silniku. Do mariny Kotor wpływamy po zmroku. Jednak Kotor jest najpiękniejszy. Bardzo dużo się tu dzieje i nie ma huku dyskotek. Tu dominuje ładna muzyka. Był jeszcze plan posiedzieć razem przy gitarze, ale sił nie wystarczyło. Szczególnie grajkowi:))

Sobota 14.07.2012

Formalności związane z procedurą „check out” przebiegają bardzo sprawnie. Ok. 09:00 jachty są gotowe do sprzątania a my spakowani. Samochód, który odwiezie załogę na lotnisko czeka już od ósmej. Nie ma problemu z bagażami. Można je pakować bezpośrednio do busa. Nasz rejs dobiegł końca. Polecamy Wam Czarnogórę. Trochę inne klimaty niż w Chorwacji, ale warto.

Przed rejsem zastanawialiśmy się, czy będzie gdzie pływać przez tydzień? Wybrzeże Czarnej Góry nie jest rozległe. Okazało się, że i dwa tygodnie nie było by za dużo. Dobrze, że podjęliśmy decyzję by nie wypływać poza wody czarnogórskie.

Laguna Krzysztof Zaręba
Grota Roweckiego 2 lok. 56
09-410 Płock
woj. mazowieckie

Tel. +48 501 263 371

Zawsze: 10:00 - 18:00

lagunatour@poczta.onet.pl

NIP: PL7741435806
Prześlij do nas zapytanie

Czartery jachtów w Chorwacji

Oferujemy czarter jachtów w Chorwacji, zapewniając naszym Klientom możliwość pływania po wyjątkowo czystych wodach tego kraju i poznawanie jego kultury.

Czartery jachtów w Grecji

Polecamy czarter jachtów w Grecji - wypoczynek na piaszczystych plażach i w krystalicznie czystej wodzie spełni oczekiwania każdego wymagającego wczasowicza.

Rejsy w Chorwacji

Wybierając rejs po wodach Chorwacji, będziesz mógł wypocząć jak nigdy dotąd. Zapewniamy komfort i bezpieczeństwo oraz ofertę dopasowaną do Twoich potrzeb.